Zakładki:
******************* androsace@gazeta.pl
******************* Autoryzacja Historii: Lu
******************* Autoryzacja Zdjęć: Lu
******************* Własne Blogi
|
...pisarstwo Lu...robocza wersja autorskiej powieści...
Kategorie:
Wszystkie
|
BEL
|
|
czwartek, 06 stycznia 2011
D - rozdziału drugiego
Nareszcie. Udało mi się wyrwać. - Oddychała ciężko, nierówno, niespokojnie.
Nareszcie miała trochę przestrzeni dla siebie. Stała na dużym, półokrągłym i pustym tarasie. Wolno podeszła do barierki. Spojrzała przed siebie, jak najdalej tylko mogła. Wpatrywała
się w wieczorne niebo i przestrzeń nad Paryżem. Światła upajały ją i
czarowały swym widokiem. Zaczęła oddychać, głęboko oddychać. Powietrze miało cudowny zapach. Było świeże, rześkie, wilgotne, zupełnie inne od dusznego powietrza w sali. Po chwili odpłynęła w świat wspomnień. Kolejnych wspomnień o Patryku... Po co tak się katowało? Po co chciała z nim być? Kolejny raz sprawiała sobie ból...- Nareszcie dotarliśmy do tego zapomnianego przez wszystkich miejsca. - Wtrącił zziajany Patryk i oparł się o najbliższe drzewo.
- Nie przesadzaj. Nie narzekaj już na samym początku. - Gdzie znalazłaś ofertę tego wyjazdu? - Wskazał ręką na mały, drewniany domek stojący na wzgórzu wśród zasypanych śniegiem wysokich drzew. - W archiwach zmarłego wieki temu szalonego podróżnika, który zastawiał pułapki na poczciwych turystów. - Zadrwił ironicznie.
- Nie, ale szukałam tego miejsca bardzo długo. Chcę spełnić swoje marzenie o górskiej chacie, gdzieś na uboczu, z dala od zgiełku miasta. - Wtrąciła promiennie Bel. - Nareszcie tu jestem. - Westchnęła.
- Jak taka chata tutaj jeszcze stoi? - Wskazywał ją ręką i patrzył prosto w zmysłowe oczy swej żony, wciąż nie dowierzając, że chciała tu przyjechać. - Że też jej jeszcze halny nie zdmuchnął. - Choć, zobaczymy jak jest w środku. - Nie czekając na odpowiedź uśmiechnięta ruszyła przodem, kiwając głową na męża, by też się ruszył, gdy przechodziła obok niego. Patryk ruszył się niechętnie.
Bel zauważyła, że kilka miesięcy po ślubie Patryk się trochę zmienił. Był bardziej drażliwy. Zniechęcony. Narzekał na wszystkich i na wszystko. Kochała męża i robiła wszystko, by nadal był tym wesołym beztroskim człowiekiem, którego pokochała na studiach. Zawsze starała się go rozweselać, pocieszać. Umiejętnie obracała wszystko w żart. Zauważyła, że co jakiś czas męczy ją jej własne zachowanie. Myślała wtedy: "To chwilowe. To mu przejdzie. Pewnie miał zły dzień."
Po kilku takich myślach rozmyślała dalej: "Ile można mieć złych dni po kolei? Dwa, trzy... Trzydzieści..." Im dłużej nad tym zastanawiała się, tym dni było więcej. Coś było nie tak. Postanowiła to zmienić.
Wpadła na pomysł beztroskiego wyjazdu. Podobnego, jakie odbywali wcześniej, będąc na studiach. Tyle tylko, że wtedy wybierali ośrodki turystyczne, w których pełno było znajomych twarzy. Patryk dobrze czuł się z gwardią swych przyjaciół. I choć Bel też ich bardzo lubiła, marzyła o jednym, tylko jednym wyjeździe bez przyjacielskiego bagażu. W końcu mogła zrealizować swój plan.
Szukanie odpowiedniej oferty połączyła z realizacją własnego marzenia. Uważała, że to świetny pomysł.
Znalazła i wyjechali.
Przyjechali do tego cudownego miejsc w samym sercu kanadyjskiego górskiego zacisza. Nareszcie. Nareszcie jesteśmy sami. Sami w malowniczym miejscu. Przez maleńką chwilę zadumała.
- Ruszysz się czy czekasz na niedźwiedzie? - Wtrąciła z poważną miną, choć w duszy nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Wiedziała, że go tym wystraszy.
- Nieeeedźwiedzieeee? - Wymamrotał. - Są tu niedźwiedzie?
- Myślę, że nawet całkiem sporo. - O cholera... - I wyrwał jakby go już jakiś gonił. - Wiesz, gdzie właściciel schował ten cholerny klucz. Chyba miał tu gdzieś być. - Miotał się przy drzwiach, szukając pod wycieraczką i nad drzwiami. - Nie mogę go znaleźć. - Nerwowo miotał się dalej.
- I go nie znajdziesz. - Nie ma klucza? Zapadła już noc. Nie wrócimy teraz do miasta. - Odburknął nerwowo.
- Nie znajdziesz, bo już dawno otworzyłam drzwi. Nawet nie zauważyłeś tego, kiedy stałeś pod drzewem. - No to dalej. Wchodzimy. Szybko. Mam nadzieję, że żaden niedźwiedź nie zwęszył naszego śladu. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się czy mu to powiedzieć. Przybyli tu w samym środku zimy, a o tej porze większość niedźwiedzi chowa się w jaskiniach i śpi. Uśmiechnęła się do własnych myśli. Mój niedoświadczony przyrodą głuptasek. Postanowiła, że powie mu o tym już po całej wycieczce, kiedy wrócą już do domu. Weszła do środka drewnianej chaty... - Szampan dla Pani... Mamy cudowny wieczór. Przepraszam, szampan dla Pani... Bel jakby niewyraźnie usłyszała głos, który nie należał do Patryka. Przez chwilę zastanowiła się o co tu chodzi. Co się stało z Patrykiem, z górską chatą, z kominkiem, który za chwilę miał dla niej rozpalić, z zimową aurą i atmosferą. Ocknęła się. Paryż był przed jej oczami. - Proszę.
Ktoś podał jej koc i szampana.
Człowiek, który wzniósł przed chwilę dla niej toast w restauracyjnej sali, a potem myślała, że był tylko jej mglistym wyobrażeniem, duchem, który zniknął szybciej niż się pojawił, zbawiennym gościem, którego uważała, że jest przystojniejszym niż Patryk, stał przed nią i coś mówił. Szkoda tylko, że nie słyszała całej jego wypowiedzi.
sobota, 02 lutego 2008
C - rozdziału drugiego
W ogromnej niebieskawej sali restauracyjnej panował ogłuszający szum i gwar. Istny chaos. Był bardziej słyszalny niż wcześniej. Nie grała muzyka i to powodowało jego zwiększoną potęgę niż w sali, z której dopiero wszyscy przeszli. Z łatwością znalazły dziesięcioosobowy stolik. Siedział przy nim uśmiechnięty Mark, który na ich widok zaczął wymachiwać ręką. Nie trudno było go przeoczyć. Bel przywitała się z gośćmi siedzącymi przy owalnym i niezbyt dużym stole. Właściwie to Kate przedstawiała jej każdego z osobna. Nim doszła do końca stołu z ceremonią powitalną Bel zapomniała już dawno jak przedstawione na początku małżeństwo miało na nazwisko. Było jej trochę przykro i smutno z tego powodu. Zapamiętywanie nazwisk nie było jej mocną stroną. Pomyślała, że powinna postarać się bardziej. W jakiś sposób ćwiczyć umysł. Tym bardziej, że przy stole siedzieli jej najwierniejsi klienci. A ona i tak nie miała pojęcia kim są ci ludzie. Wiedzieli o niej wszystko. Nawet to, jak bardzo cierpi po stracie najbliższej osoby. Dzisiejszego wieczoru Bel nie chciała pamiętać nikogo. Podano przystawki. Bel wzdrygnęła się. Ślimaki. - Pani Bel - zwrócił się do niej Pan Grand - nic Pani nie zjadła. Bel uśmiechała się do wszystkich. Patrzyła to na gości przy stole to na ślimaki na talerzu. Ślimaków jednak nie tknęła. Nie lubiła ich. Chciała to ukryć dobrą miną do złej gry.
- Panie Grand - zwróciła się do niego z przerażeniem w oczach i z lekkim uśmiechem. - Muszę zostawić sobie miejsce na główne danie i deser. - Bel nie lubi ślimaków - odparła zdecydowanie Kate. Dziewczyna przewróciła oczami, a chciała wyjść taką obronną dyplomacją z tej rozmowy. - No cóż. Nie udało mi się zachować tego w tajemnicy. Mama zawsze była bezpośrednia. Nigdy nie owijała w bawełnę. - dodała Bel i pomyślała sobie: Dlaczego jednak nie potrafi wyczuć odpowiedniego czasu i zachować trochę tajemnicy, jakiegoś dystansu przyzwoitości i taktu. Bel, trochę znudzona opowiastkami matki, dyskretnie rozglądała się po sali. Obserwowała jak ludzie zgromadzeni przy innych stolikach połykali z uśmiechem ślimaki. Śmieszyło ją to, ale zachowywała poważną minę. Nagle spojrzała na mężczyznę siedzącego na drugim końcu sali. Miała niewielki prześwit miedzy gośćmi i dlatego go spostrzegła. Przyglądał jej się. Pomyślała, przystojny, młody i bardzo elegancki facet. Podniósł w jej stronę kieliszek. Zawstydziła się. Zerknęła. Wypił za jej zdrowie. Uśmiechnęła się, spuściła wzrok. Kiedy powróciła wzrokiem na to miejsce już go nie było. Energicznie zaczęła rozglądać się po całej sali, ale nigdzie go nie dostrzegła. Kręciła się na miejscu. - Czy coś się stało? - zagadnął Mark. - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. - Nie, nic się nie stało. Wszystko w porządku. - Na pewno kochanie? Wyglądasz teraz tak blado. - Na pewno mamo. Wszystko jest ok. Bel mówiła to, ale wcale nie była przekonana, o tym, że wszystko jest ok.
- Pójdę zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Mark, kochanie, może z nią wyjdziesz? - Nie, nie trzeba mamo. Za chwilę wrócę. Nie zauważycie mojej nieobecności. - Dostrzegła kelnerów zbliżających się do stolika i dodała - Przecież muszę coś zjeść.
Podano główne danie. Indyk wyglądał znakomicie. Ścisnęło ją w rzołądku.
sobota, 24 listopada 2007
B - rozdziału drugiego
Zajechali z piskiem przed główną bramę butikowego hotelu Waldorf Trocadero, położonego blisko słynnego Łuku Triumfalnego, Pól Elizejskich, najsłynniejszej wieży w Europie, Wieży Eiffela oraz Placu Victora Hugo. Szpaner, kompletny idiota. - Pomyślała sobie Bel. - Ale przynajmniej tu jest pięknie.
Spojrzała przez okno i dostrzegła kilka osób. Przed budynkiem stali tylko parkingowi chłopcy. Wysocy, w służbowych uniformach, którzy odstawiali samochody gości, przyjeżdżających do tego hotelu. Musiała zaczekać, aż jej gadatliwy kierowca otworzy jej drzwi czarnego merca. Ta krótka podróż z Markiem przyprawiła ją o klaustrofobię. Prawie się udusiła mimo, że jest to bardzo przestronne auto. Kiedy Mark otworzył drzwi auta, podał jej rękę, bo mimo wszystko był dżentelmenem i wysiadła z samochodu, wzięła głęboki oddech to miała wrażenie, jakby znowu zaczęła żyć. Świeże powietrze, tego potrzebowałam od dwudziestu minut. Więcej przestrzeni, bo już się udusiłam.
Kluczyki od auta podrzucił do jednego z parkingowych chłopców. Zwinnie chwycił, jakby spodziewał się tego manewru, a nim wsiadł do samochodu dostał dwa euro.
Oj. Bardzo przystojny chłopak, pewnie dziewczyny uganiają się za nim. Ale czy współczesne dziewczyny lubią parkingowych chłopaków, czy raczej wolą takich facetów jakim jest Mark? Czy uroda wystarcza czy raczej wygrywają pieniądze? - Dobrze znała odpowiedź na to pytanie.
- Uważaj na to cudo młody chłopcze. - Zwrócił się do wsiadającego do wozu poważnie wyglądającego chłopaka. Spojrzał z obrażoną miną na Marka, wsiadł, a odjeżdżając niewinnie uśmiechnął się przez szybę do Bel. To był jej dobry znak. - pomyślała. - Miły uśmiech, którego potrzebowała od dawna. Chyba zauważył, że to spojrzenie tak dużo dla mnie znaczyło. Odwróciła się za samochodem, ale już go nie dostrzegła. Parking był tuż za hotelem. - To chyba zbyt mało jak na napiwek od gościa z mercem.
- Co? - Gdybym ja miała merca to napiwek miałby zupełnie inną wartość. - mruknęła do Marka, jakby trochę oburzona całą zaistniałą sytuacją. Weszli do ogromnej, jasno morelowej, bankietowej sali na drugim piętrze, z której dobiegała spokojna i nonszalancka muzyka oraz gwar rozmawiających ze sobą gości zaproszonych na tę uroczystość. Nim tam doszli przywitało ich już kilkoro gości. A Bel nie miała pojęcia co to za ludzie. Nie mniej jednak miło się uśmiechała i życzyła wszystkim napotkanym udanego wieczoru. Nudy. Dobra mina do złej sytuacji. Och, już chcę wyjść.
- Oooo, już jesteście. Nareszcie dołączyliście do nas. - zauważyła i zachichotała Kate. Spojrzała na Bel. Ucałowała ją. Była bardzo poruszona tym jak ślicznie wygląda jej córeczka, a właściwie piękna i dorosła kobieta. Nie mogła się nadziwić. - Mamo, nie tak głośno. Już jesteśmy i wszystko jest ok. Chodźmy już na kolację. Kate nie dała za wygraną. Właściwie to nie dotarły do niej przyciszone słowa córki i pociągnęła ją na sam środek tej ogromnej sali, przedzierając się przez tłum gości, zgromadzonych wokół. Właśnie tego skromna Bel chciała uniknąć, tysiąca oczu w nią wpatrzonych. Miała nadzieję wśliznąć się niezauważona.
Au, moja ręka. Czemu ona mi nie pomaga? Nie ma choć trochę wrodzonej skromności. A teraz okazuje się, że z delikatnością też ma trochę na bakier. - Skrzywiła się z bólu.
- Kochani. Moi drodzy. - Nieco podniesionym tonem głosu, Kate znowu przykuła uwagę na swojej osobie. O rety, ile ludzi.
- Proszę o chwilkę uwagi nim usiądziemy do kolacji, - promiennie uśmiechnęła się do wszystkich gości. - Chciałabym przedstawić wam moją córkę. Kochani to jest Bel, prezes firmy Garden Bel, z którą państwo robią jak się okazuje znakomite dochodowe interesy. To ona zatwierdza wszystkie projekty dla waszych najbardziej wyszukanych inwestycji wybierając najbardziej idealne rozwiązania pasujące do całości otoczenia i charakteru budowli.
Sztuczny uśmiech. Kiwnięcia głową. Dlaczego ona mnie zawstydza? Nie cierpię tego.
Bel czuła jak płoną jej policzki i uginają nogi. Zrobiło jej się gorąco i duszno. Była zła. Musiała udawać dobrą minę do złej gry. Próbowała uśmiechać się, ale to w obecnej chwili było najtrudniejszą rzeczą do zrobienia. - Mam nadzieję, że dziś pozwoli nam poznać się trochę bliżej - ciągnęła dalej Kate. - Tym bardziej, że nikt wcześniej nie widział jej na takim bankiecie. - mrugnęła oczkiem do córki.
Bliżej? Co za szalony pomysł? O nie. Co to to nie. Zupełnie nie zamierzam wchodzić w dyskusję z tymi nieznanymi mi ludźmi.
- A teraz zapraszam państwa na wyśmienitą kolację, a potem na tańce i zabawę do białego rana. Mam nadzieję, że spędzą państwo miło dzisiejszy wieczór. Zapowiadamy wiele kulinarnych atrakcji i wyśmienitych muzycznych rozrywek. - Mamo, co ty wyprawiasz, to było zupełnie niepotrzebne przedstawienie. Musiałaś przedstawiać mnie tak oficjalnie na oczach tych wszystkich obcych mi ludzi. - Wiem kochanie, ale nadal uważam, że powinnaś już skończyć z samotnością i wyjść nareszcie do ludzi. Tobie może nie są znani, ale to wspaniali ludzie. Zobacz ilu jest tutaj młodych, przystojnych inwestorów, którzy solidnie pracują i są uczciwi. Chętni by Cię poznać. Rozejrzyj się tylko. Zabaw się. Oderwij się od przeszłości. Już czas z tym skończyć. - A Mark? Co z nim?
- Nie sądzisz chyba, moja droga, że mogłabym swatać cię z kimś takim jak on. Z kimś kto zupełnie do Ciebie nie pasuje. O rety. Zupełnie mnie zaskoczyła tym stwierdzeniem. Skąd wie, kto do mnie pasuje, a kto nie. Gusta się zmieniają. Chyba. - Sama w to nie wierzyłam. - No tak, moje gusta raczej się nie zmieniają.
- Lubię Marka, ale to nie jest odpowiedni facet dla ciebie. Nawet ja to wiem. Mimo, że na każdym kroku robi do ciebie maślane oczy zanudziłabyś się z nim. Kochanie... - popatrzyła jej w oczy. W oczach Bel zakręciła się łezka. Popatrzyła prosto w oczy matki, a po chwili przytuliła się do niej. - No już kochanie. Choć, czeka nas wspaniała kolacja i tańce. Kto wie, może spotkasz tutaj kogoś interesującego. - Mamo... - nie dokończyła dalej, bo Kate wtrąciła słowo. - Kochanie, daj sobie szansę. Ten jeden jedyny raz, a potem już nie będę nawet próbowała czegoś zmieniać. Wiesz, że jest to możliwe. Tylko ty o tym wiesz. już czas wyjść z tej skorupki. Może jeszcze nie jest to dobry czas.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego kazałaś mi przyjść z Markiem. - z uśmiechem powiedziała do Kate, gdy szły już do restauracji. - Wiedziałam, że się zgodzisz, by mieć święty spokój. A ty wiedziałaś, że spokój ode mnie i od jego telefonów możesz mieć dopiero wtedy, jeśli zgodzisz się tutaj przyjść. No i udało się nam wywabić cię z domu. A teraz baw się dobrze. Bo ja mam zamiar zająć się niektórymi gośćmi. Pan Welda i Kirk już zamówili sobie u mnie taniec. - roześmiała się do Bel.
- Ah... I jeszcze jedno kochanie - złapała Bel za dłonie. - Miałam nadzieję, że sama dostrzeżesz próżność Marka, jego brak szacunku dla pracy, małostkowość i sama poszukasz sobie kogoś, kto cię zainteresuje swoja osobą, kogoś fantastycznego dla Ciebie, kogoś kto będzie dobry po stracie Patryka. Wiesz, że jest to możliwe, jeśli tylko komuś na to pozwolisz. Może znajdziesz go już tutaj, a może nie. Może, gdy będziesz rano biegać. Nie wiem, gdzie. Mam tylko nadzieję, że zaczniesz już dzisiaj.
sobota, 10 listopada 2007
A - rozdziału drugiego
Wieczór był dość chłodny. Bel kilka dni temu kupiła sobie srebrną wieczorową suknię, bez pleców, na ramiączka w małym butiku, niedaleko piekarni i srebrne sandałki prawie vis-a-vis. Małą torebkę pożyczyła od Anny, bo ta dziewczyna miała ich kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt sztuk. Mogła wybierać, przebierać i dopasować sobie jakąś do butów. Sama nigdy nie lubiła tego babskiego przedmiotu. Zawsze jej przeszkadzał. Zawsze chciała mieć komfort swobodny ruchu w tańcu. A z torebką to nigdy nie wiedziała co ma zrobić. Czy jej pilnować czy też dobrze się bawić. Wybierała dla siebie najlepszą, tą drugą opcję. Wolała raczej dobrze się bawić niż pilnować torebki. Błyszczyk do ust i telefon upychała w kieszenie Patryka. Tym razem nie miała ani kieszeni ani Patryka przy swoim boku. Czuła się dość dziwnie. Minęło przecież już trzy lata od śmierci męża. Chciała wrócić do życia, ale czas nie leczył jej ran.
To dla Ciebie chciałabym tak wyglądać. Dlaczego Ciebie już tu przy mnie nie ma? - kołatało jej się w myślach.
Teraz stała w sukience przed ogromnym lustrem w pokoju, w butach na obcasie, z maleńką torebką na ramieniu. Stała nieprzytomna, smutna, jakby zmęczona dniem i życiem. Chciało jej się płakać. Przyglądała się sobie. Wróciły wspomnienia. Fran zrobiła arcydzieło na jej głowie. Elegancko upięła jej włosy. Wypuściła kilka zalotnie wyglądających skręconych kosmyków. Ta dziewczyna potrafiła zdziałać fryzjerskie cuda. Nie na darmo lubiły ją Paryżanki, które ją odwiedzały w salonie. Umiała upiąć wszystkie włosy w taki sposób, by łącznie z kreacją wszystko wyglądało kobieco, zwiewnie, lekko i bardzo elegancko. Dziwiła się sobie. Była gotowa na to idiotyczne spotkanie, a może tylko tak jej się wydawało. Jak to możliwe, że dała namówić się matce na to biznesowe spotkanie w Waldorf Trocadero.
Nie mam ochoty, zupełnie nie mam na to ochoty. Spotkanie w Waldorf Trocadero. Co za idiotyczny pomysł. Prestiżowe spotkanie. Po co? Ja tam nie pasuję. Ja nie chcę.
To Kate poprosiła ją, by spotkała się z Markiem, by przyszli na ten bankiet razem. Chciała, by córka choć na maleńką chwilkę wyrwała się ze wspomnień, odrętwienia i codzienności. To było spotkanie dla inwestorów, którzy współpracują z architektoniczną firmą Bel. Bel nigdy nie zajmowała się ich organizacją. Była dobrą szefową i to jej wystarczało. Wszelkie organizowanie przyjęć, spotkania, wernisaże, bankiety, dbanie o wizerunek firmy zlecała matce. Sama nigdy nie podejmowała się takiej nudnej roboty i też nigdy nie pojawiała się na tych spotkaniach. Nie lubiła ich. Nudziły ją. Nie lubiła tłumów, a przecież przed śmiercią męża było inaczej. Bywali na wszystkich możliwych imprezach i przyjęciach. Nie miała pojęcia dlaczego zgodziła się na to pierwsze od tak dawna spotkanie. Może miała nadzieję na jakąś zmianę. Bel usłyszała drętwy dźwięk dzwonka. Już dawno miała go wymienić. Tylko ją wkurzał.
Już tu jest. Za wcześnie. Nie w porę. Chcę tutaj zostać, zostać z Patrykiem, nawet jeśli to tylko myśli i wspomnienia o nim.
Niechętnie odeszła od lustra. Otworzyła drewniane drzwi. Znajoma twarz. Zamyślona. No tak, przypomniała sobie, że właśnie wychodzi z tym dziwnym człowiekiem. Nic o nim nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
- Łałłłł. Prześlicznie wyglądasz. No, nie mogę, naprawdę ekstra sukienka. Ty jesteś ekstra. Świetnie dopasowana do Twojej zgrabniutkiej figury i osobowości. Jak zwykle potrafisz zaszokować. Nie chcę tego słuchać. Ja nie mogę tego słuchać od innych mężczyzn.
- Bardzo dziękuję. Skoro skończyłeś swój zachwyt to możemy już jechać. - Zastanawiała się, ale nie przypominała sobie, by widział ją kiedyś na jakiejś imprezie, a może była tak zajęta Patrykiem, że nie zwracała uwagi na otaczających ją innych mężczyzn. Nie potrafiła sobie tego przypomnieć. - No tak. Zaparkowałem na chodniku. Bałem się, że ktoś porysuje mi lakier. Wiesz, trochę ciasna ta twoja uliczka. - Spojrzała na niego i kapryśnie, tak od niechcenia uśmiechnęła się.
Idiota, to jakiś koszmar, kompletna porażka. Jak mogę być zła na Kate? Wiedziałam, że nie wykręcę się z tego przyjęcia. Mogłam sama kogoś zaprosić. Każdy byłby lepszy niż Mark. Żaden nie byłby takim sztywnym dupkiem. No tak, teraz to ja mogę mieć pretensję tylko do samej siebie. Mark był przystojnym facetem. Przynajmniej tak twierdziła jej matka. Dla Bel jednak określenie "przystojny facet" to na pewno nie postać Marka, choć przyznała się samej sobie, że taki facet jak on może podobać się kobietom. Zadbany blondyn, na dodatek forsiasty, jedynak. Spadkobierca fortuny rodziców, którzy harowali jak muły, by synek miał wszystko. On sam nie doceniał ich wysiłku i nadal nie docenia pracy. Wydawał pieniądze na lewo i prawo. Bel tego nie lubiła. Wiele panienek na niego leciało. Problem był tylko w tym, że jemu zawsze podobała się Bel, a ona nigdy nie lubiła takich wypacykowanych chłopców. W tej kwestii bardzo różniła się od Kate. Nadal nie mogła uwierzyć, że jedzie na przyjęcie z chłoptasiem mamusi, który kompletnie nie był w jej typie.
Jest mi niedobrze. Tak bardzo chcę wysiąść z tego cholernego auta. Gdzieś uciec. Chciałabym się zapaść pod ziemię, gdzie nikt by mnie nie znalazł. W drodze na przyjęcie Bel zaplanowała sobie, że na bankiecie zakręci się tylko tu i tam, coś zje, przywita się z gośćmi i zwieje, najszybciej jak to tylko będzie możliwe.
piątek, 09 listopada 2007
D - rozdziału pierwszego
Bel nie miała łatwego dzieciństwa. Ciągle była na walizkach. Bardzo często zmieniała miejsce swojego zamieszkania. Kursowała między Polską a Francją. Nigdy nie wiedziała, gdzie jest jej prawdziwe miejsce, gdzie jest jej świat i ciepły dom. Nigdzie nie czuła się jak u siebie. Choć była dzieckiem to bardzo wiele rozumiała. Nie potrafiła tylko zrozumieć, dlaczego nie ma koleżanek do zabawy. Rodzice Bel ciągle byli w rozjazdach i różnego rodzaju delegacjach. Szkolili zespoły do różnych filii na świecie. Matka Bel, Kate była piękną i bardzo elegancka kobietą, która od razu potrafiła przykuć wzrok innych osób. Bel odziedziczyła prawie wszystkie cech dotyczące elegancji. Pracowała w polskiej filii światowego koncernu zajmującego się nieruchomościami. Była zdolna, dlatego też bardzo szybko awansowała do zarządu firmy i wyjeżdżała na różnego rodzaju konferencje i szkolenia do Besankon. Na jednej z takich delegacji Kate poznała swojego przyszłego męża, Luka. Luk pracował w tej samej firmie, co Kate, tyle tylko, że we francuskiej centrali. Szkolił kadry. Był w tym bardzo dobry, skrupulatny i dokładny. Poznali się na jednym z takich szkoleń. Trwało ono dwa tygodnie, ale to wystarczyło, by ich wspólne uczucie się rozpaliło. Oboje obserwowali się i już na samym początku przypadli sobie do gustu. Zainteresowali się sobą, choć Luk był starszy od Kate o 10 lat. W wolnym czasie pokazywał jej miasto i tutejszą okolice. A było co zwiedzać. Cieszyli się sobą, choć nie mieli za wile czasu dla siebie. Dobrze się rozumieli, choć oboje mówili w obcych dla siebie językach. Luk był przystojnym wysokim brunetem, a garnitur dodawał mu szyku i elegancji. Jak to na Francuza przystało. Mówiono jej, że Francuzi kochają wszystkie kobiety, że będzie przez niego cierpiała. Nie chciała w to wierzyć. Miała pewność i ogromną intuicję. Wiedziała też, że z Lukiem będzie inaczej.
Luk kochał tylko Kate. Była dla niego gwiazdką z nieba. Kiedy szkolenie dobiegło końca, oboje zgłosili się do nowego programu, który stworzyła ich firma: Wymiana. Co jakiś czas firma delegowała do Francji osoby z innych krajów na doszkalanie i podnoszenie kwalifikacji swoich pracowników i odwrotnie z Francji do filii na całym świecie, by wdrażać nowe pomysły, które najpierw i tak przechodziły przez centralę. Pod tym względem firma dbała o każdego pracownika i najmniejszy szczegół rozwoju firmy, by zdobyć doświadczenie w branży i odpowiednią pozycję w biznesie. Trasa Besancon Warszawa była już zajęta. Bel urodziła się po ślubie Kate i Luka. Przez pierwszych dziesięć lat mała Bel wędrowała z rodzicami z miejsca na miejsce. Przenosiła się to do Warszawy to znowu do Besankon. Zmieniała przedszkola i szkoły jak rękawiczki, nadrabiała różnice programowe w każdym nowym miejscu. Była bardzo zdolna i ciekawa świata. Z wielką łatwością przychodziła jej nauka. Dawała sobie radę, ale było to zbyt dużo jak na życie małego dziecka. Rodzice widzieli, że Bel jest zmęczona ciągłymi przeprowadzkami. Nigdy jednak nie skarżyła się na te ciągłe zmiany. Była grzeczną i miłą dziewczynką, dobrze wychowaną. Próbowała zrozumieć rodziców. Kochała ich bardzo mocno. Praca sprawiała im tak dużo radości. Ona to widziała.
Doszli do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie jak Bel zamieszka u babi Sab i skończy tam szkołę i zaprzyjaźni się z innymi dziećmi. Babcia Sab była wspaniałą kobietą, dobrze ułożoną, sympatyczną i bardzo elegancką. Trochę otyłą, ale mimo to zawsze świetnie wyglądającą starszą panią. Mieszkała w maleńkim domku, ale dla każdego wystarczyło miejsca. Umiała opowiadać niesamowite historie i bajki na dobranoc. Kate również posiadała ten wspaniały dar, nauczyła się od matki. Bel lubiła słuchać i mamy i babci. Sab zmarła nagle. Gdy Bel wróciła do domu nie zrozumiała tego. Rzuciła plecak i wybiegła jak poparzona. Biegła przed siebie. Łzy płynęły jej po policzkach. Biegła w nieznane, aż w parku brakło jej tchu. Upadła na ziemię. - Dlaczego, dlaczego, dlaczego mi ją zabierasz?, Jak możesz mi to robić? - krzyczała do drzew kołyszących się nad głową. - Bel modliła się. Umiała. To Sab nauczyła jej pierwszej modlitwy do Anioła Stróża. Potem kolejnych. Teraz Bel modliła się, by zabrał ją pod swoje skrzydła. Bel była w połowie podstawówki i bardzo mocno przeżyła śmierć babci. Nie chciała pogodzić się z jej odejściem jeszcze długo po jej śmierci. Sab była jej ulubioną babcia. Mieszkała u niej przez cztery lata. Teraz stała się cichsza niż była wcześniej. Rodzice Bel postanowili, że dla dobra swojego dziecka poproszą o przeniesienie na stałe do filii w Polsce. Zarząd nie miał nic przeciwko temu. Tym bardziej, że oboje byli świetni w swoim fachu. A utrata tak dobrych pracowników nie była firmie potrzebna. Oboje wylądowali w Polsce. Następne szkolenia odbywały się już w Warszawie. Zamieszkali w bloku. Było im ciasno, ale mieszkanie miało przepiękny widok na całą panoramę Warszawy. Bel była już w jednym miejscu. Skończyła podstawówkę.
sobota, 22 kwietnia 2006
C - rozdziału pierwszego
Poranek ciągnął się, jak nigdy dotąd. Bel wydawało się, że jest on jakoś szary i smutny, choć za oknem można było dostrzec już jasny blask porannego słońca, które swoim ciepłem zapraszało wszystkich śpiochów do wyjścia na dwór. Wstała jak zwykle wcześnie rano, ubrała się i poszła biegać. Za nim wyszła z domu przypomniała sobie, że o dziesiątej ma bardzo ważne spotkanie. W kalendarzu zrobiła dodatkową zapiskę.
Spotkanie z Kate, ukochaną matką miało odbyć się u fryzjera "Ruth". Miejsce to wiązało się z rytuałem pielęgnacyjnym całego ciała, jaki Kate fundowała swojej figurze. Niby tylko skromny salon fryzjerski, ale dla wtajemniczonych, wymagających i stałych klientów posiadał bogato wyposażone zaplecze siłowni, sauny i masażu. Istna rozkosz.
Bel weszła do środka dużego, szarego i zimnego salonu, rozejrzała się po fotelach, ale w żadnym kącie nie zauważyła Kate. Kamień spadł jej z serca, a uśmiech wskoczył na buzię.
Ah, dobrze, jeszcze jej nie ma, co za ulga. Przynajmniej nie będzie mówiła mi, że się spóźniłam.
- Ufff - odetchnęła na głos z ulgą i zaraz dodała - Dzień dobry miłym paniom - radosnym głosem oznajmiła już ze środka pomieszczenia. - Dzień piękny, więc warto ślicznie wyglądać - dodała słodko brzmiącym głosem.
Mam nadzieję tylko, że mają dla kogo. - Smutek ścisnął jej serce. Tak bardzo ta myśl ją zabolała.
Małym buziaczkiem przywitała się z drobniutką Fran, którą poznała dopiero po przyjeździe do Paryża, teraz dobrą koleżanką i znakomitą szefową tego salonu, która z wielkim skupieniem na twarzy układała włosy jakiejś wyrafinowanej klientki. Fran nic nie powiedział, skinęła tylko głową w stronę Bel wskazując jej drzwi za błękitną kotarą. Bel jak porażona piorunem zrozumiała przesłaną jej wiadomość, wiedziała, że matka już jej oczekuje.
A niech to. Czy ona nie może choć raz w życiu złapać gumy w aucie? Cokolwiek. Spotkać przyjaciółkę z dzieciństwa, kumpla z pracy. Nawet jakiś przechodzień mógłby ją zagadać, by choć raz nie była taka idealna.
Weszła powoli, jakby nie miała większej ochoty wchodzić do sali, w której odbywały się co dzień cud masaże, o których istnieniu wiedziało pół świata. Fran miała ogromny dar rozszyfrowywania ludzi, doskonale umiała dobrać sobie odpowiednich pracowników, potrafiła ocenić, który z jej pracowników co potrafi i w jakiej roli spełni się całkowicie. Współpracownicy ją kochali. Od kilku lat salon fryzjerski "Ruth" cieszy się wielkim uznaniem wszystkich Paryżanek. Fran nazwała ten salon na cześć swojej ukochanej mamy, która oszczędzała każdą zarobioną monetę dla córki na rozkręcenie tego interesu. Ruth miała ogromne przeczucie, że było warto oszczędzać, że jej małej córce uda się zrealizować największe marzenie z dzieciństwa, że wyjedzie za granicę. I nie myliła się. Fran odziedziczyła po niej to przeczucie. I teraz ma najlepiej wykwalifikowany personel salonu w całym Paryżu.
- Spóźniłaś się - usłyszała już w drzwiach.
- Wiem. - Spojrzała na zegarek, który dostała od Patryka na drugą rocznicę ślubu. - Tylko kwadrans - dodała już z ponura miną. Zatrzymała się, chwilę zastanowiła się. Przypomniała sobie nadzwyczajny kwadrans z czasów, kiedy studiowała na warszawskim wydziale geologii i od razu rozchmurzyła się. Tak, mój kwadrans, nadzwyczajny kwadrans, mój Patryk. Czemu go zabrałeś?
Zazwyczaj było to piętnaście minut, nadzwyczajny kwadrans, który został jej z czasów akademickich. Był to czas jej i Patryka, o którym nie chciała zapomnieć. Spóźniali się oboje na wszystkie możliwe wykłady. I chyba te regularne spóźnienia tak bardzo ich do siebie zbliżyły. Jak to zawsze wspólnie określali, przy każdych większych i mniejszych okazjach z przyjaciółmi. - Poznaliśmy się w drzwiach.
Oprzytomniała, bo zrobiło jej się duszno, spojrzała na Kate.
- Chodź kochanie, masaż dobrze Ci zrobi.
- Tak mamo, masz rację, masaż dobrze mi zrobi.
Omówiła z matką plany rozwojowe firmy na kolejny miesiąc. Bel miała bardzo dobrze prosperującą firmę. Zajmowała się architekturą budynków, budowli, ogrodów i aranżacją wnętrz. Lubiła to, praca sprawiała jej wiele przyjemności, a po śmierci Patryka stała się również miejscem zatracania siebie i zapominania o bólu.
sobota, 04 marca 2006
B - rozdziału pierwszego
Bel usłyszała trzask dobiegający z podjazdu przed domem. Wyjrzała przez okno w salonie na pierwszym piętrze i zobaczyła, jak Patryk zbiera swoje rzeczy z tylnego miejsca w samochodzie, jasną marynarkę, czarną teczkę i tysiąc papierków, które wyglądały, jakby wcześniej wypadły na podłogę, a ich właściciel nie zdążył ich złapać, niedbale tylko zebrał i już nie poukładał.
O rety, a temu to co się przytrafiło? - ze zdumienia otworzyła szerzej swoje zielone oczy.
Srebrne volvo, którym podjechał przed wejściowe drzwi i które dostali w prezencie ślubnym od jego rodziców było umazane błotem. A i teraz dostrzegła, że jego koszula i jasne spodnie, które włożył dziś rano do pracy miały sporo błota z tyłu. Cała ta sytuacja ją rozśmieszyła. Jeszcze nigdy nie widziała męża tak ubrudzonego. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak bardzo musi być wściekły.
Bel nie potrafiła rozstać się z aparatem fotograficznym. Od dziecka fotografowała wszystko wokół siebie. Chciała uwieczniać każdą chwilę, sytuacje, zdarzenia, twarze. Pierwszy aparat dostała od dziadka Ludwika w Besancon, kiedy miała czternaście lat. Od tamtego czasu miała już kilka innych, bardziej profesjonalnych, niż ten pierwszy.
Chciała uwiecznić także i to zabawne dla niej zdarzenie, które przed chwilą zobaczyła z okna. Złapała aparat ze stolika przy łóżku i przez otwarte drzwi w sypialni wyszła na balkon i zrobiła Patrykowi kilka zdjęć. Patrzyła, jak krząta się przy samochodzie oglądając szkody, jak zagląda pod maskę samochodu, sprawdzając silnik, do bagażnika, a na dodatek wszystko to robił w tych jasnych ciuchach, co wcześniej byłoby niemożliwym wydarzeniem. Nie zauważył jej. W jego myślach rodził się pomysł zemsty. Bluzgał coś pod nosem. Mamrotał i rzucał się wściekle. No tak, nie znałam męża od tej strony. Najlepiej poznaje się człowieka przy codziennych obowiązkach i kłopotach, ale co mu się stało?
Kiedy skończyła już z uwiecznieniem tej zabawnej chwili, odłożyła aparat na szafkę przy telewizorze, z szafy wyciągnęła czyste ubranie. Założyła białą koszulkę, którą tak bardzo lubiła i lniane białe spodnie, zeszła po schodach do kuchni. Było gorąco, ale nie dziwiła się temu, przecież teraz był środek lata, lipiec, a meteorolodzy zapowiadali gorące lato na ten rok. Te wcześniejsze zapowiedzi sprawdzały się każdego dnia. Nalała dwie szklanki soku wiśniowego i wrzuciła po dwie kostki lodu i cytrynkę. Bardzo lubiła ciemne soki z cytrynką, jej mąż także. Pamiętała, jak jej mama w Besancon przygotowywała soki właśnie w taki sposób.
Czekała na Patryka. Stęskniła się za nim, choć od jego porannego wyjścia minęły zaledwie cztery godziny. Kiedy zjawił się w drzwiach, rzeczywiście był wściekły, odłożył rzeczy na stojącą przy drzwiach szafkę na buty i próbował wyjaśnić żonie co się stało i czemu tak wygląda. Spojrzał na jej poważną minę.
- Zacięła się myjnia u Johna.
Bel nie mogła powstrzymać się od śmiechu, ale nadal zachowywała kamienną minę. Jej mąż wyglądał śmiesznie, jakby wyszedł z areny, na której przeprowadzono błotne zapasy. Teraz dopiero zauważyła rozdartą nogawkę spodni i rękaw koszuli. Podszedł bliżej i powtórzył jeszcze raz. - Zacięła się ta cholerna myjnia u Johna - zacisnął zęby i chciał coś krzyknąć ze wszystkich sił, ale Bel nie wytrzymała dłużej, a na jego żałosny widok parsknęła śmiechem.
- Śmieszy Cię to?
- Aha - kiwnęła twierdząco głową. - Naprawdę Cię to śmieszy? - Tak kochanie, wyglądasz uroczo, może niezbyt elegancko i zupełnie inaczej niż zwykle, ale naprawdę uroczo.
- Bel, to nie jest wcale śmieszne. Zobacz, jak ja wyglądam, jestem cały w jakimś śmierdzącym błocie. To chyba szlam ze zbiornika na odpady. - Nie chciał się brzydko wyrażać. - Sąsiedzi widzieli mnie w takim okropnym stanie. I pół miasta też.
- Ależ kochanie, to jest bardzo śmieszne. Dostarczyłeś wszystkim nie lada rozrywki. Biznesmen umorusany, hm... - Drażniła się z nim.
- Ale czemu to na moim samochodzie zaczęła psuć się ta cholerna maszyna. Mówiłem mu już wcześniej, że coś w niej stuka i dziwnie brzęczy. Nie mogłem wysiąść z auta. John wyciągał mnie siłą przez bagażnik, bo zablokowały się drzwi. Potem utknęło auto w automacie. Wszyscy pchali ten samochód, ale nie chciał drgnąć. Ten automat nie chciał go wcale puścić. - brzmiało to dość dziwacznie i absurdalnie, ale Bel śmiała się dalej.
- Może automat się zakochał? Soku? - zagadnęła cicho i podała zmrożoną szklankę.
- Co? Zakochał się? O czym Ty mówisz, Bel? - zmarszczył brwi, spoglądając z niezrozumieniem na żonę. - Niech ta maszyna zakochuje się w mercu, a nie w moim volvo - oświadczył ze złością. Wypił przygotowanego przez nią orzeźwiającego drinka.
- A teraz idź się umyć, za chwilę będzie obiad. Dziś są kotlety ze schabu. Pamiętasz, po obiedzie jedziemy do twoich rodziców, jesteśmy z nimi umówieni już od dwóch tygodni.
- To już dzisiaj, jak ten czas szybko leci? - przez chwilę wydawało się, jakby zapomniał o tym spotkaniu. Otrząsnął się, przypomniał sobie, że jest piątek i że Bel miała całkowitą rację. Z Fredem i Marta byli umówieni odkąd zadzwonili przed dwoma tygodniami zapraszając ich na weekend do Lyonu.
- Tak - odpowiedziała, ze swym czarującym uśmiechem.
Patrykowi przypomniał się wygląd ich nieszczęsnego samochodu. Mina posmutniała mu jeszcze bardziej.
- Ale auto? Takim brudnym samochodem chyba nie pojedziemy? - popatrzył w stronę drzwi, którymi kilka minut temu wszedł wściekły, jak szerszeń. - Zadzwonię do rodziców i przełożę wizytę na inny termin. - Ależ nie ma takiej potrzeby. - Bel uspokoiła go. - Po obiedzie przebiorę się i pójdziemy go umyć. Jest ciepło, będziemy dobrze się bawić. - Dobrze wiedziała, że w pamięci Patryka nie będzie najmniejszego śladu po tym przykrym wydarzeniu, że woda obmyje wszystko, brud i całą jego złość, bo tak bardzo lubił robić z nią różne niespotykane rzeczy, było jego lekarstwem na nudę i rutynę. Kochał ją za wszytko, za to jaka jest, kim jest, co mówi i co robi.
Dla Bel było to cudowne popołudnie, do którego nie przypuszczała, że będzie tak często wracać. Bel miała zdjęcia, ukryte w aparacie, śpiące i czekające na odpowiednią chwilę wspomnień przy kominku.
niedziela, 26 lutego 2006
A - rozdziału pierwszego
Z niespokojnego snu wyrwał ją budzik firmy Weigel, który zadzwonił jak zwykle rano, tuż po godzinie piątej trzydzieści. Nie miała zwyczaju nastawiać budzika o ustandaryzowanych, pełnych i ładnie wyglądających godzinach, według niej, było to nudne, więc zawsze była to różnica dwóch minut przed lub po. Miała za sobą ciężką noc i wcale niełatwy poprzedni dzień. Próbowała zasypiać kilkakrotnie, ale po przespaniu około dwóch godzin budziła się, jakby nad czymś czuwała. Nie potrafiła przypomnieć sobie, co ją tak męczyło. Zasypiała i znowu się budziła. Była środa. Tego poranka nie chciała wstawać. Wiedziała jednak, że jeśli ponownie zaśnie to nie daruje sobie tak zmarnowanego czasu. Wstała i pośpiesznie ubrała się w czarny, sportowy, bawełniany dres z białym paskiem na lewej nogawce. Zabrała mp3 i wyszła biegać. Robiła to już od kilku lat. Każdy poranek był już jej rutyną, przyzwyczajeniem.
Bel była szczupłą szatynką, wysportowaną, zgrabną dziewczyną mającą około trzydziestu lat. Prowadząc aktywny tryb życia wyglądała raczej na jakieś dwadzieścia pięć. Była zadbaną kobietą, choć urodą nie wyróżniała się od przeciętnych Europejek. To też z łatwością podrywała wszystkich facetów, kręcących się obok niej. Czasem ją to wkurzało.
Biegała codziennie, poczynając od cieplejszych dni wiosennych po późną jesień. W tych skrajnych sezonach mówiła do siebie przed ogromnym lustrem w pokoju: "czas zapaść w sportowy sen zimowy" lub "pobudka, pobudka, wiosna już, czas na bieganie, jutro już zaczynasz". W okresie zimowym robiła przerwę w bieganiu. Ćwiczyła w domu przy rockowej muzyce lecącej z lokalnego radia. Była bardzo zdyscyplinowana i to co postanowiła to zawsze zrobiła. Poranne bieganie było krótkie, wychodziła tylko na pół godziny. Biegała piętnaście minut, resztę czasu spędzała na spacerowaniu. Słuchała o poranku pierwszych wiadomości, przeplatanych muzyką. Częściej ją rozśmieszały niż smuciły. Z ludzkich nieszczęść nigdy nie drwiła, było jej bardzo przykro, współczuła innym, rodzinom poszkodowanym w pożarach, dzieciom zamordowanym przez seksualnych maniaków itp. wydarzeniom, które podawały rozgłośnie radiowe. Potrafiła wyłapać co jest prawdą, a co dziennikarską fikcją i manipulacją. Potem zahaczała o kiosk znajomego na rogu Rue N.D. des Victories i Rue Montmatre, gdzie kupowała poranną prasę. Nie miała ulubionej gazety, tak więc kupowała codziennie inną. Jej wybór zależał od pierwszej strony i tego, co tam zamieścił dany wydawca. Nie znosiła nudy nawet w kolorowych obrazkach artykułów. W końcu grafika i fotografia jest na tyle rozwinięta, by móc stworzyć coś fantastycznego.
Po głowie przebiegła jaj bardzo miła myśl: Kiedy przychodzę tutaj każdego dnia, Marcin zawsze jest uśmiechnięty. To taki pogodny człowiek, aż miło na niego się patrzy.
- Dzień dobry Marcinie, czy dziś jest coś ciekawego w porannej prasie? - Raczej nie. Jak zwykle codzienne problemy wielkiego miasta i świata, zmierzającego do zagłady - chwilę się zastanowił i posmutniał. - Wiesz... - urwał myśl i posmutniał, - tylko na zachodnim wybrzeżu Francji, w okolicach la Rochelle znaleziono czyjeś zwłoki. Chyba wypłynęły po zimie, bo ciało było dobrze zakonserwowane, jak to się mówi. Jakiś dzieciak, około dwudziestki. To przykre.
- A ty dobrze wiesz, że kryminalne sprawy o poranku mnie nie interesują, podobnie jak polityka. Od tego jest policja i inne organy ścigania - uśmiechnęła się, ale coś ją jednak zastanowiło, powtórzyła głośno - ...po zimie..., hm... przecież jest połowa kwietnia - zmarszczyła brwi.
Kioskarz Marcin był miłym starszym panem i dobrze wyglądał w tym miejscu pracy. Bel nie wyobrażała sobie, że mogłoby go tu nie być, a to miejsce miałby zastąpić ktoś inny. Lubiła jego ciepły i stanowczy głos o blasku słońca. Był mądry, dużo wiedział, ale nie wiedziała czy nauczył się tego w pracy wertując gazety i czasopisma, czy też z czasów swojej młodości, kiedy studiował na uniwersytecie w Stanach.
Stojąc przez chwilę przy kiosku, przeglądała wszystkie wystawione gazety i czasopisma.
- Dziś wybieram babskie czasopismo, Madam, już dawno go nie przeglądałam. - pożegnała się i poszła dalej drogą w stronę swojej posesji, przy Av. de l'Opera.
Marcin to naprawdę cudowny przemiły człowiek. Wielu ludzi mogłoby nauczyć się od niego radości życia. - uśmiechnęła się do własnych myśli.
Wpadała również do piekarni "Kalenski" przy R. des Petits Champs, w której kupowała pełnoziarnisty chleb, czasem bułkę z ziarnami słonecznika i mleko.
A Anna jak zwykle kokietuje wszystkich klientów. - pomyślała przeglądając etykietę na płatkach śniadaniowych, gdy spojrzała na uśmiechniętą dziewczynę. - Ciekawe, gdzie się tego nauczyła? Może to jej taka natura.
- Ile tym razem Anno? - zagadnęła kasjerkę w zielonym fartuszku.
- Bułka, mleko, serek i jogurt. To wszystko razem... Trzy siedemdziesiąt. - Proszę - dała jej pięć euro. - Może wpadniesz do mnie po pracy, na podwieczorek, na pogaduchy - z uśmiechem wyszeptała Bel przechylając się do Anny przez sklepową ladę.
- Bardzo chętnie - wydała resztę. - Będzie mi bardzo miło. Już dawno u Ciebie nie byłam. A właściwie to chyba od pogrzebu Patryka - zapomniała o bolesnych uczuciach, które mimo długiego upływu czasu, jeszcze trawiły Bel. - Bel, nie chciałam, jest mi przykro, że o tym wspomniałam.
- Dobrze. Nie gniewam się, ale na moją osłodę przynieś białą czekoladę. Czekam na ciebie o siedemnastej. Może być? - Anna potwierdziła skinieniem głowy, a Bel nie dała po sobie poznać smutku, jaki ją ogarnął, uśmiechnęła się i wyszła z piekarni, przed którą nadal pachniało świeżo upieczonym pieczywem.
Anna była jej dobrą koleżanką, a właściwie to przyjaciółką, jedną z nie wielu jakie miała. Była młodsza od Bel, ale nikt naprawdę nie wiedział ile Anna ma lat. Była miła, zawsze uśmiechnięta, potrafiła pocieszać w chwilach smutku.
Słowa Anny przypomniały Bel bolesne chwile i czas, jaki wcześniej spędziła z Patrykiem, tuż przed jego śmiercią. Bel zaprosiła ją tego dnia, ponieważ czuła się samotna, smutna, wiedziała, że Anna ją wysłucha i coś doradzi. Miała ochotę porozmawiać, pozwierzać się, wypłakać łzy jeszcze raz, kolejny raz, oczyścić oczy i serce ze wspomnień. Ale czy to będzie możliwe?
Po tym porannym obrządku Bel wróciła do domu smutna, zadumana, jakby nieobecna, wzięła prysznic, przebrała się w letnią sukienkę od Diora i zrobiła sobie lekkie i pożywne śniadanie. Potem spędziła chwilę na wertowaniu notatek w kalendarzu, co ma dziś zrobić, z kim się spotkać, do kogo zadzwonić i gdzie pojechać. Do kalendarza dopisała jeszcze popołudniową wizytę Anny, kumpeli z sąsiedztwa, z jednego podwórka w Besancon, ponieważ nie lubiła niezaplanowanego dnia. Teraz obie mieszkały w Paryżu, na stałym lądzie.
Tytuł powieści: "Rower Bel"
...pokój, może niezbyt cichy, gwarny, niesprzyjający pisaniu... "Bel" - tytuł jest roboczy, jak cała powieść... Następny wpis będzie już pierwszą częścią rozdziału. Trzeba zrobić szkic roboczy takiej powieści, wymyśleć całą akcję, miejsca spotkań, bohaterów, no i to kim jest Bel...
|